Stwarzanie
Wygnany na balkon,
Rozpoczynam poznawanie jego terytorium.
Gładka powierzchnia kafli
Jest tylko z pozoru
Pozbawiona rzeźby.
Wczoraj, w kącie powstała pustynia.
Wielki Bóg – Dziecięce Wiaderko z chrzęstem
Stworzył na pierwszej ćwiartce
Miejsce dla eremity.
Dzisiaj, na granicy pustyni,
Drugi Bóg – Dziecięca Zielona Konewka,
Stworzył morze.
Uciekam przed nimi, jestem w drodze do trzeciej ćwiartki.
Papieros jeszcze się żarzy, zamierzam w wąwozach fug,
Między ceramicznymi płaskowyżami rozpalać ogniska.
Nie wiem, co z ostatnią ćwiartką,
Kto ją zagospodaruje
I czy będzie łaskawy ten Bóg?
A może zanim się obejrzę:
Bóg – Wielka Miotła,
Zmiecie mnie poza krawędź.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Satori". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Satori". Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 grudnia 2013
sobota, 30 listopada 2013
Mliko i Mniód
Mliko i Mniód
To
zdarzyło się wczoraj:
Podał
mi kubek parującego mleka z wieczornego udoju:
„Pij
mliko póki ciepłe.”
Pachnące,
rozświetliło zimowy wieczór.
W
wielkich czarnych oczach krowy, zabłysło lato
i
trawa, którą kosiliśmy nad jeziorem.
To
zdarzyło się wczoraj:
Brnąc
po kolana w śniegu poszliśmy szukać choinki.
Dziadek
mówił z uśmiechem: „Szukaj najładniejszej,
która
najładniej pachnie. Tak, żeby starczyło do Trzech Króli.”
Na
jego wąsach usiadły wszystkie gwiazdy.
To
zdarzyło się wczoraj:
Przynieśliśmy
Najpiękniejszą z Górzyńskich lasów.
Babcia
podśpiewywała:
„Oj
czom Halu ne tancujesz, Halu ty moja!
Bo
ne maju korałikiw diwczyna twoja.”
i
parzyła drób biegający jeszcze rano po podwórzu.
To
zdarzyło się wczoraj:
„Pajda
chleba w dłoń i do drewutni marsz!”
Głos
ułana od Kleeberga odbijał się iskrami
od
sufitu, iskrami których nie zgasili ani brunatni
ani
czerwoni. Nauczyli go tylko, żeby w chusteczce
od
babci nosić pajdę chleba do późnej starości.
To
zdarzyło się wczoraj:
Siekiera
wyłuskiwała tajemnice drewna.
Zimy,
wiosny, lata i jesienie zamknięte w słojach,
sękach
i żywicy. Drzazgi fruwały dookoła,
masło
i miód mieszały się z zapachem drewna.
Dźwięczała
siekiera i skórka chleba.
A
on mi nigdy nie powiedział, że kiedyś szedł
przez
linię frontu i pola minowe, żeby uruchomić młyn.
To
było wczoraj:
W
szczeliny drewutni zaglądał mróz i wiatr,
koty
zwabione zapachem wygrzebały się z siana,
bezczelnie
zaczęły się łasić do stop.
Zebraliśmy
drwa i poszliśmy gapić się
jak
Babcia szykuje kutię.
To
wszystko zdarzyło się wczoraj a może sto lat temu?
A
ja jeszcze teraz trzymam w ręce kubek mleka
i
pajdę chleba z masłem i miodem.
sobota, 23 listopada 2013
Sobota. Szósta rano.
Sobota. Szósta rano.
Daj pospać sunąca przez mieszkanie deskorolko.
Daj poleżeć chociaż chwilę dłużej prośbo o herbatę i kanapkę z serem i ogórkiem.
Nie płosz kolorowego snu telewizorze wychwalający na cały regulator, masę niepotrzebnych rzeczy.
Daj pospać psie szczekający nad uchem.
Zostaw mnie w spokoju dźwięku tłuczonej szklanki.
Chcę się przewrócić na drugi bok.
Z dziwnym uśmiechem mówisz:
„Dzisiaj się nie wywiniesz, kochany.”
Wlokę sen do łazienki słysząc za plecami tupot bosych stóp.
W kuchni, odsłaniam zasłony i po śniadaniu zaczynamy wyliczankę:
Jedna kapsułka Strattery,
Jedna tabletka Abilify,
Dwieście mililitrów Convulexu.
Całkowicie budzi mnie kawałek szkła w stopie ze zbitej szklanki
i głośny śmiech jeżdżący po przedpokoju na deskorolce.
Daj pospać sunąca przez mieszkanie deskorolko.
Daj poleżeć chociaż chwilę dłużej prośbo o herbatę i kanapkę z serem i ogórkiem.
Nie płosz kolorowego snu telewizorze wychwalający na cały regulator, masę niepotrzebnych rzeczy.
Daj pospać psie szczekający nad uchem.
Zostaw mnie w spokoju dźwięku tłuczonej szklanki.
Chcę się przewrócić na drugi bok.
Z dziwnym uśmiechem mówisz:
„Dzisiaj się nie wywiniesz, kochany.”
Wlokę sen do łazienki słysząc za plecami tupot bosych stóp.
W kuchni, odsłaniam zasłony i po śniadaniu zaczynamy wyliczankę:
Jedna kapsułka Strattery,
Jedna tabletka Abilify,
Dwieście mililitrów Convulexu.
Całkowicie budzi mnie kawałek szkła w stopie ze zbitej szklanki
i głośny śmiech jeżdżący po przedpokoju na deskorolce.
sobota, 16 listopada 2013
Kendo
Kendo
Kendo (Wiosna)
Świst
ostrych mieczy.
Błysk
srebrnych kling oślepia.
Precyzją
ciosów.
Szukam
prawdy idąc sam,
Walczę
z cieniem obok mnie.
Gołąb (Lato)
Rozdarł
go na pół,
w
locie drapieżny sokół.
Koty
chłepcą krew.
Tnąc
drogę płynie lekko,
Pióro
w czerwonej rzece.
Jesień (Jesień)
Wicher
za oknem.
W
pokłonie drzewa zgięte,
Tulą
latarnie
Łzy
świata spływają w dół.
Jest
noc, świat drży, gnę się z nim.
Briefe und Zeitung (Zima)
Osiemdziesiąt
lat,
schody
skrzypią tak samo,
choć
ludzie inni.
Pod
mosiężną tabliczkę,
wrzucają
ciągle pocztę.
sobota, 9 listopada 2013
Podróż
Podróż
Cześć. Jestem wielkim ślimakiem.
Dasz mi sera?
Bardzo długo zastanawiasz się
Nad odpowiedzią.
Ale to nic, mamy czas,
Najważniejsze, że w końcu się uśmiechasz.
Idę w dół po policzku do miękkiego
Miejsca na granicy szyi.
Minie wiele wieczorów
Zanim tam dotrę.
Uśmiechaj się częściej. Wtedy można podróżować.
Nawet na jednej nodze.
Cześć. Jestem wielkim ślimakiem.
Dasz mi sera?
Bardzo długo zastanawiasz się
Nad odpowiedzią.
Ale to nic, mamy czas,
Najważniejsze, że w końcu się uśmiechasz.
Idę w dół po policzku do miękkiego
Miejsca na granicy szyi.
Minie wiele wieczorów
Zanim tam dotrę.
Uśmiechaj się częściej. Wtedy można podróżować.
Nawet na jednej nodze.
sobota, 2 listopada 2013
Gimme shelter
Gimme
shelter
Ochroń
mnie przed tą nocą
rozbłyskującą
na krawędzi
horyzontu
Dzisiaj
jak w starej piosence
Stonesów
nad
moją głową przetacza się
sztorm
tylko
w twoich dłoniach zamknięty
poczuję
się w końcu bezpieczny
całuj
mnie
niech
zniknie ten świat
Dzisiaj
posłuchamy Micka
pomarzymy
że świat stoi w miejscu
zrobisz
mi schron ze swoich
włosów
dzisiaj
tu jest sztorm nawet
nie
czujesz drgania powietrza
o
tysiąc pięćset mil oddalona
Dziś
razem z wiatrem
wyję...
if I don't get some shelter
I'm
gonna fade away...
sobota, 26 października 2013
Słońce
Słońce
Od rana słońce.
Może jeszcze w coś uwierzę.
Tak, spacer jest dobry.
Prawie na wszystko.
Pakujemy kanapki, ciastka.
Kurtę przeciwdeszczową.
Tak na wszelki wypadek.
Butelka z herbatą i plastikowe kubki
lądują również w starym jutowym plecaku.
Każdy taki spacer to mała wyprawa
Marco Polo.
Polne drogi ciągną się w nieskończoność.
Mogę z tobą rozmawiać i śmiać się głośno.
Polne drogi zalane słońcem, trawy i zioła
na wszystkie skaleczenia.
Wędrujemy w słońcu: "w świetle pięknym, co nas ogrzewa".
Patrzę - raz na ciebie, raz na błękit.
Mocno wdycham zapachy pól, głaszczę cię po główce
i nic mnie już nie boli.
Od rana słońce.
Może jeszcze w coś uwierzę.
Tak, spacer jest dobry.
Prawie na wszystko.
Pakujemy kanapki, ciastka.
Kurtę przeciwdeszczową.
Tak na wszelki wypadek.
Butelka z herbatą i plastikowe kubki
lądują również w starym jutowym plecaku.
Każdy taki spacer to mała wyprawa
Marco Polo.
Polne drogi ciągną się w nieskończoność.
Mogę z tobą rozmawiać i śmiać się głośno.
Polne drogi zalane słońcem, trawy i zioła
na wszystkie skaleczenia.
Wędrujemy w słońcu: "w świetle pięknym, co nas ogrzewa".
Patrzę - raz na ciebie, raz na błękit.
Mocno wdycham zapachy pól, głaszczę cię po główce
i nic mnie już nie boli.
sobota, 19 października 2013
Zmęczenie
Zmęczenie
Zmęczenie jest błogosławieństwem
Zmęczenie.
Pod wieczór w naszym betonowym plastrze
dziwaczna cisza.
Aż chce się mruczeć z zachwytu.
Schowaj pazury.
Możemy tak leżeć obok siebie.
Bez ruchu.
Zwinięci w jeden kłębek.
Zmęczenie jest błogosławieństwem
Zmęczenie.
Pod wieczór w naszym betonowym plastrze
dziwaczna cisza.
Aż chce się mruczeć z zachwytu.
Schowaj pazury.
Możemy tak leżeć obok siebie.
Bez ruchu.
Zwinięci w jeden kłębek.
sobota, 12 października 2013
Sowa
Sowa
Na podłodze leży sowa.
Kolorowy dywan.
Sowy to podobno mądre ptaki.
Ostatnio nie przesypiam nocy
ale daleko mi do sowy.
Na podłodze leży sowa.
Kolorowy dywan.
Sowy to podobno mądre ptaki.
Ostatnio nie przesypiam nocy
ale daleko mi do sowy.
sobota, 5 października 2013
Agni
Agni
Wyjedźmy stąd. Na zawsze.
Wsiądźmy w pociąg, autobus, samolot.
Możemy iść pieszo.
Wiem, już próbowaliśmy.
Ale ciągle trzeba szukać domu z wielkim ogrodem.
Na szczęście nie jesteś Luizą
ale twoje kwiaty pachną równie mocno.
Jesteś czarownicą.
Popatrz więc w ten ogień.
Popatrz w końcu, w ten cholerny ogień.
Wyjedźmy stąd. Na zawsze.
Wsiądźmy w pociąg, autobus, samolot.
Możemy iść pieszo.
Wiem, już próbowaliśmy.
Ale ciągle trzeba szukać domu z wielkim ogrodem.
Na szczęście nie jesteś Luizą
ale twoje kwiaty pachną równie mocno.
Jesteś czarownicą.
Popatrz więc w ten ogień.
Popatrz w końcu, w ten cholerny ogień.
sobota, 28 września 2013
Satori
Satori
Chciałem tylko zapytać: jak wam idzie?
Ciężki oddech: jakoś.
W słuchawce cisza. To dobrze.
Każde wyjście to przygoda.
Nigdy nie wiadomo jak się skończy.
Czekam na was i sprzątam mieszkanie.
Chrapliwym głosem wbija się we mnie mantra:
hold on
hold on
you gotta hold on
Przeczytałem już tyle książek i gówno wiem.
Każdy spacer kończy się inaczej.
Każda godzina kończy się inaczej.
you gotta hold on
you gotta hold on
i trzymam się, chociaż niepokój ciągle ten sam.
Chciałem tylko zapytać: jak wam idzie?
Ciężki oddech: jakoś.
W słuchawce cisza. To dobrze.
Każde wyjście to przygoda.
Nigdy nie wiadomo jak się skończy.
Czekam na was i sprzątam mieszkanie.
Chrapliwym głosem wbija się we mnie mantra:
hold on
hold on
you gotta hold on
Przeczytałem już tyle książek i gówno wiem.
Każdy spacer kończy się inaczej.
Każda godzina kończy się inaczej.
you gotta hold on
you gotta hold on
i trzymam się, chociaż niepokój ciągle ten sam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)