Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Kościkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Kościkiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2014

Stół

I.

Siedzę przy stole, trochę już trzeszczy.
Obserwuję zachód słońca. 
Z okna kuchni doskonale widać 
wolno opadającą czerwoną kulę. 

Siedzę przy kuchennym stole.
Trochę trzeszczy, bo jest już stary. 
Powiedziałem: „Zróbmy to jak Frank i Cora.” 
Tylko się uśmiechnęłaś. 
Wytrzymał. 


II.

Ulica jest czerwona. Niebo jest czerwone.
Siedzę przy stole w kuchni. Patrzę na zachód. 
Gałęzie jeszcze nie wypuściły liści i układają się w pajęczynę. 
W jej środku wielki ceglasty pająk. 


III.

Mówisz: „Kupmy w końcu nowy stół.”
Dlaczego? 
Dobrze się siedzi przy nim i patrzy na zachód słońca. 
Dobrze się przy nim siedzi i patrzy w oczy. 
Dobrze się przy nim śmieje, je zupę i kłóci. 

Posłuchaj jak trzeszczy.
Pamiętasz historie, które opowiada? 

sobota, 7 grudnia 2013

Stwarzanie

Stwarzanie

Wygnany na balkon,
Rozpoczynam poznawanie jego terytorium.

Gładka powierzchnia kafli
Jest tylko z pozoru
Pozbawiona rzeźby.

Wczoraj, w kącie powstała pustynia.
Wielki Bóg – Dziecięce Wiaderko z chrzęstem
Stworzył na pierwszej ćwiartce
Miejsce dla eremity.

Dzisiaj, na granicy pustyni,
Drugi Bóg – Dziecięca Zielona Konewka,
Stworzył morze.

Uciekam przed nimi, jestem w drodze do trzeciej ćwiartki.
Papieros jeszcze się żarzy, zamierzam w wąwozach fug,
Między ceramicznymi płaskowyżami rozpalać ogniska.

Nie wiem, co z ostatnią ćwiartką,
Kto ją zagospodaruje
I czy będzie łaskawy ten Bóg?

A może zanim się obejrzę:
Bóg – Wielka Miotła,
Zmiecie mnie poza krawędź.

piątek, 6 grudnia 2013

Manifest

Manifest

Nie pozwalajcie dzieciom
Czytać poezji
Niech wyrosną na spiżowych mężczyzn
Z błyskiem słońca na łysinach
Niech wyrosną na silikonowe sex bomby
Przyozdobione atutami paleolitycznej Wenus
Niech posługują się słownikiem z trzech
wyrazów

Nie pozwalajcie dzieciom
Czytać w ogóle
Wzmacniajcie w nich pogardę
Do wszystkiego co nie świeci
To dobry trening na XXI wiek
Nowoczesny człowiek nie może
Podlegać bezsensownym uczuciom.

Inowrocław, 2000


czwartek, 5 grudnia 2013

Rondo

Rondo

Ogień zgasł w piecu. Noc zgasła.
Stuka do drzwi zziębnięty dzień.
Nie chcę mu otwierać. Idę do drzwi.
Bez słów wciska się pod kołdrę.
Na moje miejsce. Odstawiam sen.
Trzeźwieję. Golę się. Zmywam noc.
Oswojona powtarzalność pozwala żyć.
Zadawać pytania. Cichnąć. Słuchać.
Wtapiać się, tak żeby zniknąć.
Albo jak w wierszu z tego rumuńskiego filmu.
Zmniejszać się do ziarenka fasoli.
Znam świetnego poetę z tej samej ulicy.
Poeta pyta siebie często pogodnie:
Kto pisze twoje wiersze, daje słowa?
Czasem proszę Poetę o modlitwę za mnie.
On ma lepszy kontakt z nadprzyrodzonym.
U mnie ciągle z tym kiepsko.
Jakoś mi wszyscy oni zobojętnieli.
Na mojej ulicy co roku to samo.
Wiosną zielenieje szpaler drzew.

środa, 4 grudnia 2013

Pamięć

Pamięć

kochankowie przedmieść
lekko uniesieni ponad krawężnikiem
wypatrują autobusu - arki unoszącej pragnienia
tam gdzie powiatowe miasto
metropolia rozgoryczenia
i srających psów
na wyszczerbionych chodnikach

monety skrupulatnie odliczone pobrzękują
jak parzące się w marcu koty
dwa sześćdziesiąt rozkwita
od grudnia do końca listopada

znikają
przystanek odpływa
na kilka godzin
spędzonych pospiesznie
zanim wróci pamięć

jednak i tu
czasem niebo jest błękitne
choć autobus pełen - istna wyspa Kirke

wtorek, 3 grudnia 2013

Port (II)

Port (II)

Na linii horyzontu
Obiecuje przystań

Po to właśnie musisz
Wracać z limes mundi

Na brzeg gdzie pod stopami

Zgrzytają białe muszle w piachu

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Terytorium

Terytorium

Patrzę przez okno na świat z pokoju syna.
Najładniejsza część ulicy śpiewa na powitanie wiosny.
Szpaler drzew po obydwu stronach jezdni starcza za las.
Od skrzyżowania do skrzyżowania - mały kosmos.
Zza szyby oglądam panoramę mojego terytorium i to mi wystarczy.
Dzisiaj nie ruszam poza jego granice.

niedziela, 1 grudnia 2013

X.

X. (Warkocz Euterpe. Upał)

Gdy kanikuły dni nastały, w upale,
Helikonu zbocza z żaru skwierczą cicho,
Euterpe nóżkę chłodzi w źródła krysztale
I tak się skarży ospałej nimfie Echo:
„Dzień mi się dłuży, gorąco drażni stale,
już sama nie wiem co robić.” – wzdycha głucho.

Gdzież szukać wytchnienia? Skąd przyjdziesz otucho?
„Och! Zanurzyć się w Strymonie i pieśń złożyć.
I trzeba mi krynicy pilnować solo,
Nuda, nawet na trawie z kim się położyć.
Znikniesz mi uprzykrzona nudy niewolo?”
Siostry w Porta Capena, splin trzeba zabić.

Natchnienie na nią spływa: „Czas się zabawić!”
Chwyta już za aulosy, melodii szuka,
Canzonę składa: „Poeci do mnie, tworzyć
Przybądźcie liryków misterne cuda.
Chcę z wami spędzić czas, laurami nagrodzić,
„Zróbmy przyjęcie, niech pieśń rządzi – nie nuda!”

„Komu mnie dziś w zachwyt wprowadzić się uda?
Anemoi, nieście w świat wiadomość skrzydlatą.
Przebudźcie się ze snu, niech się dzieją cuda,
Echo, zbudź się w końcu! Powtarzaj, niech wzlecą
słowa nad światem, stanie poetów cauda!
Niech czas umilą. Słowem pięknym zachwycą!”

Zewsząd już idą, w pląsach, w sercu z ochotą:
I Romantycy i Klasycyści krzepcy,
I Moderniści i Futuryści rotą,
Safony córy i Symboliści chwaccy,
A nawet sami Postmoderniści ławą,
Na końcu surrealiści, brawo, brawo!

Euterpe wita, boskie wskazuje źródło,
Zdrożonym swym gościom, by weny nabyli,
By wszystko co żyje, nad dziełem zastygło,
Słuchacze kunsztem mistrzów uwieść się dali.
„Dytyramb na cześć poezji, stwórzcie dzieło,
Które będziemy przez wieki pamiętali!”

Już napojeni, hołd Patronce oddali.
Lutni, harf i fletów dźwięki pierwsze już brzmią,
Słowa muzyce arcypiękne dodali,
Albo odwrotnie, bo harmonią wspólnie lśnią!
Euterpe klaszcze, mistrzostwo chwali,
Czyją zwycięską ozdobi dziś wieniec skroń?

Roznosi się w dal głos, po strunach śmiga dłoń.
Krążą także puchary trunku boskiego,
Ochoty dodaje: „Różowiej wierszu! Płoń!”
Dobiega braw głos z Gaju Beockiego
Ekloga, ód sześć i trenu przepastna toń.
Słychać też utwory gatunku lżejszego.

Fraszek rój, limeryku erotycznego,
Nie wstydzi się nikt już i wina przybywa.
Śmiechy i gwar ludku poetyckiego
Roznosi Echo, i od trunków szczęśliwa,
Niesie śpiew ich na krańce świata znanego,
Gospodyni radości wcale nie skrywa.

Zabawa trwa, nocy z wolna ubywa,
coraz śmielsze składają epigramaty,
pod którymi to humor przaśny się skrywa,
których nie wstydziłby się Satyr rogaty,
ani Menady, które żądza rozrywa.
Lgną do siebie i każde odkrywa karty.

Już tam Efeb słów miód sączy i uparty,
Gapi się chciwie w oliwkowy piersi kątek:
„Miłość paliwem mym, gram w otwarte karty.”
Słowa jak łuk z cięciwą, z osnową wątek.
„O nadobna, lilią obdaruj, bom warty,
Na koniec z ciał stworzymy anakreontyk.”

Erato daleko, a kwitnie erotyk!
„Spójrz na mnie Sokole – Panterę,
Złotym kindżałem, czuję jego dotyk,
Potrzyj o rubin mój, porusz zmysłów sferę,
Niech iskry błysną, niech popłynie łez potok,
Z dźwięków chuci, z szału – utkam ci gazelę.”

W końcu pada: „Teraz tańce przyjaciele!
Nie szczędźcie instrumentów wcale grając
Twist, Salsę, Mambo, dzikie rockandrolle.”
Ruszyli w tany i się nie ociągając
Krąg barwny stworzyli by zacząć swawole.
Wirują, ciała gną, do rytmu klaskając.

Smugi, plamy to gasnąc, to się rozświetlając.
W zboczach Helikonu tworzą freski dzikie.
A Radosna z nimi tańczy, dolewając
Wina, sypie imbir, kardamon, wanilię.
„Bawcie się, Drogie Dzieci mnie wychwalając!”
Wdzięcznie wśród nich bryluje, ciesząc się życiem.

Coraz szybciej, szybciej to pętlą to łukiem,
Wirują twarze ich, winem rozpalone,
To któreś z nich na murawie legnie z hukiem,
To któreś z nich chce odejść cicho na stronę,
A korowód ten już nie liczy się z nikim,
Własnym już dąży szlakiem, porywa dusze.

Nie wszystkich taniec kusi, siedzą jak basze,
Dysputy prowadzą, wiersze oceniają,
Za wzór często podając ich dzieła własne,
Do oczu sobie skaczą i wymyślają,
Piętnując oponentów umysły ciasne,
W słowach niewybrednych im się odcinają.

Korowód brzęczy, dyskutanci fukają
Zgiełk, gwar, galimatias – mignie twarz pąsowa
Już nie Ludźmi a Satyrami się zdają,
Coraz częściej bełkot przypomina mowa,
Co raz to który treść odda Gai czkając,
I zaczyna z amfory sączyć od nowa.

Ponad zgiełk libacji wybiły się słowa
Jak grzmot - „O czym ty do mnie bredzisz …....!”
Cisza. Argument dość twardy przyjęła głowa
Brzuch teorbanu roztrzaskany w drzazg krocie!
W tellurycznym już letargu tkwi. Brzmi fraza:
Teraz możesz śnić – psychoanalitycznie.

Co w trawie śni znokautowany muzycznie,
Przyjaciół wszakże tłum miał wierny i liczny,
Co znalazł, chwycił w dłoń i metodycznie
Na lutniście wnet odwet chce wziąć fizyczny.
Stanęli druhowie, (druhny też!) ofiarnie,
Czynem rozsądzić spór ideologiczny.

Zaciera ręce malarz batalistyczny:
Wśród zgiełku bitwy bratniej epos się pisze,
A sceny mają wymiar wprost homeryczny!
Drą z siebie pasy, rwą włosy, wrzask tnie ciszę,
Ścierają się - to furor katatoniczny!
Tylko Euterpe chce uspokoić hurmę.

Krzyczy – „Dzieci wy zabijacie poezję!”
Nikt nie słucha, podobni są do zamieci,
Co wszystko zgarnia. Niszczą kruchą heurezę.
„Opamiętania!” - krzyczy. W jej stronę leci,
puchar kościany, co uderza w jej głowę!
W chaos idąc, w czerń łka „Niech sczezną poeci!”

sobota, 30 listopada 2013

Mliko i Mniód

Mliko i Mniód

To zdarzyło się wczoraj:
Podał mi kubek parującego mleka z wieczornego udoju:
Pij mliko póki ciepłe.”
Pachnące, rozświetliło zimowy wieczór.
W wielkich czarnych oczach krowy, zabłysło lato
i trawa, którą kosiliśmy nad jeziorem.

To zdarzyło się wczoraj:
Brnąc po kolana w śniegu poszliśmy szukać choinki.
Dziadek mówił z uśmiechem: „Szukaj najładniejszej,
która najładniej pachnie. Tak, żeby starczyło do Trzech Króli.”
Na jego wąsach usiadły wszystkie gwiazdy.

To zdarzyło się wczoraj:
Przynieśliśmy Najpiękniejszą z Górzyńskich lasów.
Babcia podśpiewywała:
Oj czom Halu ne tancujesz, Halu ty moja!
Bo ne maju korałikiw diwczyna twoja.”
i parzyła drób biegający jeszcze rano po podwórzu.

To zdarzyło się wczoraj:
Pajda chleba w dłoń i do drewutni marsz!”
Głos ułana od Kleeberga odbijał się iskrami
od sufitu, iskrami których nie zgasili ani brunatni
ani czerwoni. Nauczyli go tylko, żeby w chusteczce
od babci nosić pajdę chleba do późnej starości.

To zdarzyło się wczoraj:
Siekiera wyłuskiwała tajemnice drewna.
Zimy, wiosny, lata i jesienie zamknięte w słojach,
sękach i żywicy. Drzazgi fruwały dookoła,
masło i miód mieszały się z zapachem drewna.
Dźwięczała siekiera i skórka chleba.
A on mi nigdy nie powiedział, że kiedyś szedł
przez linię frontu i pola minowe, żeby uruchomić młyn.

To było wczoraj:
W szczeliny drewutni zaglądał mróz i wiatr,
koty zwabione zapachem wygrzebały się z siana,
bezczelnie zaczęły się łasić do stop.
Zebraliśmy drwa i poszliśmy gapić się
jak Babcia szykuje kutię.

To wszystko zdarzyło się wczoraj a może sto lat temu?
A ja jeszcze teraz trzymam w ręce kubek mleka
i pajdę chleba z masłem i miodem.

piątek, 29 listopada 2013

Cukierki

Cukierki

Podał mi dwa cukierki
wygrzebane z odrapanej szuflady
Na osłodę życia - powiedział.

Cukierki leżą nie zjedzone są nieustannym przypomnieniem.
Niewiele trzeba a świat nabiera barw turystycznego folderu.

Starszy Pan nie zdaje sobie sprawy, że nigdy nie zjem jego cukierków.
Wkrótce też zapomni, że cokolwiek komukolwiek podarował.

Milkną już kroki na korytarzu
Codziennie umyka coś drobnego
papierki po cukierkach szeleszczące w koszu.

czwartek, 28 listopada 2013

Spowiedź Androida

Spowiedź Androida
 
Nie. Nie hoduję owiec. Nie mam też elektrycznych snów.
Zobacz, każde z wcześniejszych zdań zaczyna się literą N.

Nicość – brak snów po dniu tak podobnym do innych.
Nienasycenie – żeby dni sensownych było jak najwięcej.
Nadzieja – tak, ta zawsze umiera ostatnia. Żartuję.

Widziałem. Mogę to powiedzieć. Teraz już mogę.
Patrzyłem na ludzi, którzy znikali atom po atomie,
ze światłem w oczach. Do samego końca.
Trzymałem ich za ręce, opowiadali mi swoje historie.
Prosili, żeby zatrzymać ich w pamięci jak najdłużej.
Staram się ale blakną twarze,
nie pamiętam czy ich dłonie były ciepłe,
mylą mi się kolory oczu i skóry.

Przychodzili także stamtąd.
Wracali. Zrastali się. Wbrew logice.
Lekko wystraszeni, nabierali sił.
Odchodzili do swoich spraw.
Hodować owce, żony, mężów i wyrodne dzieci.
Ci nie chcieli żeby o nich pamiętać.
Prosili, żeby zapomnieć. A ja nie mogę.

Nicość istnieje tylko w naszych umysłach.
Człowiek jest bronią masowej zagłady,
tylko on stwarza Apokalipsę.

Antyglobalista trzyma w dłoni koktajl Mołotowa,
próbuje zapalić kawałek nasączonej benzyną szmaty.
Widząc jego nieudane próby usłużny fotoreporter
podaje mu własną zapalniczkę. Szmata płonie!
- Tylko dobrze się ustaw! - krzyczy.
Butelka leci łukiem w szpaler policjantów
a płomienie liżą ich nogi.

Quang Duc, Siwiec, Palach, Brusewitz
Czułeś kiedyś pogorzelca?
Smród spalonego ciała oślepia.
Wdziera się głęboko w płuca,
tak że masz ochotę wyć.
Ale Apokalipsa dopełnia się w milczeniu.

Nienasycenie – żeby zdążyć.
Zobaczyć jak najwięcej wschodów słońca.
Ciągle do przodu. Nie oglądać się.
Nie pamiętać o rocznicach, jubileuszach, świętach.
Upadanie i podnoszenie się,
zaczyna od dawna przekraczać granice banału.
A ja ciągle biegnę wściekły.
Nadzieja. Tak. Ta zawsze umiera ostatnia.

środa, 27 listopada 2013

Spodnie

Spodnie

Dotykając czarnego gorącego materiału uświadamiam sobie
prosty fakt
Nigdy nie noszę spodni od garnituru w dzień powszedni
coś zatem musiało się zdarzyć:
Egzamin
Pogrzeb
Zmartwychwstanie
Ręce mam mokre i lepkie denerwuję się
zastanawiając się
co bełkocze nalany pysk znanego polityka
widzianego w telewizorze
Coś się stało dotykam gorącego materiału
uświadamiając sobie prosty fakt
Spodnie wyprasowane w ostrą brzytwę

wtorek, 26 listopada 2013

Andromeda

Andromeda

Chcę żebyś wiedziała, jak mocno wpatruję się w rozgwieżdżone niebo i jak lodowate są ostatnio noce.

Pamiętam jak jeszcze wczoraj piliśmy z jednego kubka malinową herbatę.

Pamiętam grające na ścianach cienie.

Dzisiaj, wypatruję cię w refleksach chrzęszczącego śniegu, i w mlecznej drodze.

W tę lodowatą noc, wpatruję się w krystaliczne niebo.


Niczego to jednak nie zmienia.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Lapidarium Jatom (Tablice)

Lapidarium Jatom (Tablice)

Ziemio słona
Ziemio!
Między szczelinami chodnika
głos Kantora
ledwie słyszalny
j'he szlama raba min szemajja w'chajjim...

W trotuarach tego miasta
łkają pocięte
zagubione mem
i szin ze słów
j'he szlama raba min szemajja w'chajjim...

Chodnik parzy
siedemdziesiąt lat
i nic
buty esesmanów
walonki czerwonoarmistów
trampki licealistów
sandałki dziewczynek sypiących kwiatki
wystukiwały
j'he szlama raba min szemajja w'chajjim...

Wstyd wżera się w skórę
w kości
za tych co zapomnieć kazali
za tych co zapomnieli
szeleści żwir i kasztanowce
j'he szlama raba min szemajja w'chajjim...

niedziela, 24 listopada 2013

IX.

IX.


Gałęziami wierzby delikatnie porusza wiatr.
Wydaje się, że teraz zapanuje cisza,
i że skończyła się jesienna destrukcja.
Patrzę przez świat na zamknięte okno,
bezpiecznie tłumi każdy szum,
miękko zniekształca blade światło.


Zdezorientowany wpatruję się w światło.
Cieszę się, że za oknem cichnie wiatr,
i cichnie z każdą minutą deszczu szum.
Po tej stronie niczym nie zmącona cisza,
jak strażnik dzieli mnie od świata okno,
po jego drugiej stronie jesienna destrukcja.


Gdzieś daleko odbywa się destrukcja,
w gęstych chmurach znika dnia światło.
W oku cyklonu błękitne, przejrzyste okno.
Dookoła noc na strzępy rozrywa wiatr,
Przed uderzeniem nawałnicy błoga cisza,
jedynie daleki słychać oceanu szum.


Z tej strony jest ciepło, cichy kaloryfera szum,
a w radio seny głos powtarza: „Destrukcja“.
Poza tym senna dookoła cisza.
Miasto oddaje nocy sztuczne światło.
Noc wcale nie jest czarna, tylko cichnie wiatr,
próbuje się dostać do środka przez zamknięte okno.


Chroń mnie moje okno!
Zagłusz ten szum!
Niech nie wdziera się tu wiatr!
Po drugiej stronie destrukcja,
mdłe latarni ulicznych światło.
Niech mnie ogrzewa obojętności cisza.


Dzisiaj nie będzie spokoju, to złudna cisza,
bo przed zgiełkiem nie obroni okno.
Wdziera się w ten spokój niebieskie światło,
w środku słychać rozbieganych myśli szum.
Dzisiaj noc ma imię destrukcja „Destrukcja“.
Wyje za oknem jej szalony brat „Wiatr“.


Porusza gałęziami wiatr, i złudna za oknem cisza.
Jesienna destrukcja wdziera się przez zamglone okno.
Ściszonego radia szum, kradnie brzaskowi światło.

sobota, 23 listopada 2013

Sobota. Szósta rano.

Sobota. Szósta rano.

Daj pospać sunąca przez mieszkanie deskorolko.
Daj poleżeć chociaż chwilę dłużej prośbo o herbatę i kanapkę z serem i ogórkiem.
Nie płosz kolorowego snu telewizorze wychwalający na cały regulator, masę niepotrzebnych rzeczy.
Daj pospać psie szczekający nad uchem.
Zostaw mnie w spokoju dźwięku tłuczonej szklanki.
Chcę się przewrócić na drugi bok.
Z dziwnym uśmiechem mówisz:
„Dzisiaj się nie wywiniesz, kochany.”
Wlokę sen do łazienki słysząc za plecami tupot bosych stóp.
W kuchni, odsłaniam zasłony i po śniadaniu zaczynamy wyliczankę:
Jedna kapsułka Strattery,
Jedna tabletka Abilify,
Dwieście mililitrów Convulexu.
Całkowicie budzi mnie kawałek szkła w stopie ze zbitej szklanki
i głośny śmiech jeżdżący po przedpokoju na deskorolce.

piątek, 22 listopada 2013

Recitativo

Recitativo

Kundel podszedł do dmuchawca. Dotknął go językiem podobnym do plastra szynki.
Sprawił, że delikatny puch uleciał w przestrzeń. Znudzony pies położył się w trawie.
Ignorując wszelkie zasady, wyciągnął się na plecach i tarzał ze szczęścia.

Może to ja byłem tym psem. Dotykałem główek mleczy i wypuszczałem w świat
zakodowane w ziarnach chwile radości nic nie znaczącego bytu. O istnieniu.
Może to ja tarzałem się w wysokiej trawie, analfabeta czytający listowy papier nieba.

czwartek, 21 listopada 2013

Nokturn II

Nokturn II

Gwiazda co podobno spełnia życzenia.
Spala na popiół karton nocy. Znika.

Przegapiłem ją śpiąc. Przecieram szybę.
Zdaję sobie pytanie. Jak można? I po co?

Bezruch. Popiół i pęd ku forpocztom przeszłości.
Kiedy po raz pierwszy zrobiliśmy to w sadzie.

Leśmian chichotał. Bo jak można uprawiać seks
w malinach? A jednak. Sok. Do dzisiaj słodki.

Jest tylko mgła. Popielata sceneria. Cekiny na niebie.
Niecierpliwie przymierzam garnitur z ciszy.

Ty masz intuicję, z której kroisz ponad miarę.
Szeroko jak horyzont. Z gestem jak horyzont.

środa, 20 listopada 2013

Nihil

Nihil

Odbija mi się Sartrem.
Za moim oknem budują
Autostrady i wieżowce.
Ponad ogrodem wyznaczono
Korytarze dla
śmigłowców bojowych.
Czy ty mnie, wiesz, tak w ogóle?

Patrzę w sufit, w mleczne kręgi.
Jest mi nijako. Dobrze.
Siedzisz odwrócona
Już tylko pojedyncze lodowce
Zostały na szczytach kręgosłupa.

Przygarnijmy kota. Utuczymy go, spasiony zostanie padyszachem domu.
W nocy nie zgubimy do siebie drogi kiedy zielonymi ślepiami rozjaśni
Ścieżki między meblami.
Albo będzie latarnią morską wyludnionego archipelagu.
W deszczowe dni będziemy go obserwować dumnie spacerującego
Po ogrodzie.
Czy ty mnie? Wiesz.

Werbel wybija rytm.
Równaj, równaj, równaj
Nie nadążamy.
Wszystko dlatego, że
Ciągle jestem karłem stojącym na klifie.
Dziwolągiem któremu kiedyś się zamarzyło
Posłuchać oceanu gryzącego wędzidło brzegu
I w nieustannym galopie pieniącego się na porzuconych muszlach.
Teraz wróciłem, żeby usiąść na skraju twojego uda
I przepędzić zimę.

wtorek, 19 listopada 2013

Mozaika

Mozaika

Nie wiem co mnie podkusiło.
Może zmęczyła mnie zabawa,
ale chyba nie aż tak bardzo,
skoro wracałam piechotą.
Rzeczywiście, trochę szumiało mi w głowie.
Musiałam usiąść, ale nie wiem,
dlaczego na środku tej drogi.
Nie widziałam, kiedy uderzyło
we mnie osiemnaście ton.
Mama zawsze mówiła mi – Jesteś piękna. Byłaś zawsze i ciągle jesteś.
Zobacz teraz to zdjęcie i popatrz na moją twarz.
Kochana Mama. Nigdy nie potrafiła kłamać.
Kiedy mnie wybudzili z narkozy,
Lekarz powiedział, że przypominam mozaikę.
Mówił, że widział coś takiego we Włoszech,
i że jestem pietra dura. Teraz już wiem, co to znaczy.
Każda kość, kostka i kosteczka, kamyk rozrzucony bezładnie.
To niesamowite, wiesz musieli mnie znowu układać od początku,
dopasowywać szkielet do obwisłej skory.
Po tym wszystkim, chcę jeszcze tylko
zobaczyć Florencję.
Kochana Mama mówi, że świat przede mną,
i ona pojedzie dokąd chcę.
Czuję się dziwnie, bo dopiero teraz mam marzenia.
Myślisz, że dam radę pojechać tam,
do tych Włoch i zobaczę mozaikę?