I.
Siedzę przy stole, trochę już trzeszczy.
Obserwuję zachód słońca.
Z okna kuchni doskonale widać
wolno opadającą czerwoną kulę.
Siedzę przy kuchennym stole.
Trochę trzeszczy, bo jest już stary.
Powiedziałem: „Zróbmy to jak Frank i Cora.”
Tylko się uśmiechnęłaś.
Wytrzymał.
II.
Ulica jest czerwona. Niebo jest czerwone.
Siedzę przy stole w kuchni. Patrzę na zachód.
Gałęzie jeszcze nie wypuściły liści i układają się w pajęczynę.
W jej środku wielki ceglasty pająk.
III.
Mówisz: „Kupmy w końcu nowy stół.”
Dlaczego?
Dobrze się siedzi przy nim i patrzy na zachód słońca.
Dobrze się przy nim siedzi i patrzy w oczy.
Dobrze się przy nim śmieje, je zupę i kłóci.
Posłuchaj jak trzeszczy.
Pamiętasz historie, które opowiada?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Kościkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Kościkiewicz. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 13 lipca 2014
sobota, 7 grudnia 2013
Stwarzanie
Stwarzanie
Wygnany na balkon,
Rozpoczynam poznawanie jego terytorium.
Gładka powierzchnia kafli
Jest tylko z pozoru
Pozbawiona rzeźby.
Wczoraj, w kącie powstała pustynia.
Wielki Bóg – Dziecięce Wiaderko z chrzęstem
Stworzył na pierwszej ćwiartce
Miejsce dla eremity.
Dzisiaj, na granicy pustyni,
Drugi Bóg – Dziecięca Zielona Konewka,
Stworzył morze.
Uciekam przed nimi, jestem w drodze do trzeciej ćwiartki.
Papieros jeszcze się żarzy, zamierzam w wąwozach fug,
Między ceramicznymi płaskowyżami rozpalać ogniska.
Nie wiem, co z ostatnią ćwiartką,
Kto ją zagospodaruje
I czy będzie łaskawy ten Bóg?
A może zanim się obejrzę:
Bóg – Wielka Miotła,
Zmiecie mnie poza krawędź.
Wygnany na balkon,
Rozpoczynam poznawanie jego terytorium.
Gładka powierzchnia kafli
Jest tylko z pozoru
Pozbawiona rzeźby.
Wczoraj, w kącie powstała pustynia.
Wielki Bóg – Dziecięce Wiaderko z chrzęstem
Stworzył na pierwszej ćwiartce
Miejsce dla eremity.
Dzisiaj, na granicy pustyni,
Drugi Bóg – Dziecięca Zielona Konewka,
Stworzył morze.
Uciekam przed nimi, jestem w drodze do trzeciej ćwiartki.
Papieros jeszcze się żarzy, zamierzam w wąwozach fug,
Między ceramicznymi płaskowyżami rozpalać ogniska.
Nie wiem, co z ostatnią ćwiartką,
Kto ją zagospodaruje
I czy będzie łaskawy ten Bóg?
A może zanim się obejrzę:
Bóg – Wielka Miotła,
Zmiecie mnie poza krawędź.
piątek, 6 grudnia 2013
Manifest
Manifest
Nie
pozwalajcie dzieciom
Czytać poezji
Niech wyrosną na spiżowych mężczyzn
Z błyskiem słońca na łysinach
Niech wyrosną na silikonowe sex bomby
Przyozdobione atutami paleolitycznej Wenus
Niech posługują się słownikiem z trzech
wyrazów
Nie pozwalajcie dzieciom
Czytać w ogóle
Wzmacniajcie w nich pogardę
Do wszystkiego co nie świeci
To dobry trening na XXI wiek
Nowoczesny człowiek nie może
Podlegać bezsensownym uczuciom.
Czytać poezji
Niech wyrosną na spiżowych mężczyzn
Z błyskiem słońca na łysinach
Niech wyrosną na silikonowe sex bomby
Przyozdobione atutami paleolitycznej Wenus
Niech posługują się słownikiem z trzech
wyrazów
Nie pozwalajcie dzieciom
Czytać w ogóle
Wzmacniajcie w nich pogardę
Do wszystkiego co nie świeci
To dobry trening na XXI wiek
Nowoczesny człowiek nie może
Podlegać bezsensownym uczuciom.
Inowrocław, 2000
czwartek, 5 grudnia 2013
Rondo
Rondo
Ogień
zgasł w piecu. Noc zgasła.
Stuka
do drzwi zziębnięty dzień.
Nie
chcę mu otwierać. Idę do drzwi.
Bez
słów wciska się pod kołdrę.
Na
moje miejsce. Odstawiam sen.
Trzeźwieję.
Golę się. Zmywam noc.
Oswojona
powtarzalność pozwala żyć.
Zadawać
pytania. Cichnąć. Słuchać.
Wtapiać
się, tak żeby zniknąć.
Albo
jak w wierszu z tego rumuńskiego filmu.
Zmniejszać
się do ziarenka fasoli.
Znam
świetnego poetę z tej samej ulicy.
Poeta
pyta siebie często pogodnie:
Kto
pisze twoje wiersze, daje słowa?
Czasem
proszę Poetę o modlitwę za mnie.
On
ma lepszy kontakt z nadprzyrodzonym.
U
mnie ciągle z tym kiepsko.
Jakoś
mi wszyscy oni zobojętnieli.
Na
mojej ulicy co roku to samo.
Wiosną
zielenieje szpaler drzew.
środa, 4 grudnia 2013
Pamięć
Pamięć
kochankowie
przedmieść
lekko
uniesieni ponad krawężnikiem
wypatrują
autobusu - arki unoszącej pragnienia
tam
gdzie powiatowe miasto
metropolia
rozgoryczenia
i
srających psów
na
wyszczerbionych chodnikach
monety
skrupulatnie odliczone pobrzękują
jak
parzące się w marcu koty
dwa
sześćdziesiąt rozkwita
od
grudnia do końca listopada
znikają
przystanek
odpływa
na
kilka godzin
spędzonych
pospiesznie
zanim
wróci pamięć
jednak
i tu
czasem
niebo jest błękitne
choć
autobus pełen - istna wyspa Kirke
wtorek, 3 grudnia 2013
Port (II)
Port (II)
Na linii horyzontu
Obiecuje przystań
Po to właśnie musisz
Wracać z limes mundi
Na brzeg gdzie pod stopami
Zgrzytają białe muszle w piachu
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Terytorium
Terytorium
Patrzę przez okno na świat z pokoju syna.
Najładniejsza część ulicy śpiewa na powitanie wiosny.
Szpaler drzew po obydwu stronach jezdni starcza za las.
Od skrzyżowania do skrzyżowania - mały kosmos.
Zza szyby oglądam panoramę mojego terytorium i to mi wystarczy.
Dzisiaj nie ruszam poza jego granice.
Patrzę przez okno na świat z pokoju syna.
Najładniejsza część ulicy śpiewa na powitanie wiosny.
Szpaler drzew po obydwu stronach jezdni starcza za las.
Od skrzyżowania do skrzyżowania - mały kosmos.
Zza szyby oglądam panoramę mojego terytorium i to mi wystarczy.
Dzisiaj nie ruszam poza jego granice.
niedziela, 1 grudnia 2013
X.
X. (Warkocz Euterpe.
Upał)
Gdy kanikuły dni
nastały, w upale,
Helikonu zbocza z
żaru skwierczą cicho,
Euterpe nóżkę
chłodzi w źródła krysztale
I tak się skarży
ospałej nimfie Echo:
„Dzień mi się
dłuży, gorąco drażni stale,
już sama nie
wiem co robić.” – wzdycha głucho.
Gdzież szukać
wytchnienia? Skąd przyjdziesz otucho?
„Och! Zanurzyć
się w Strymonie i pieśń złożyć.
I trzeba mi
krynicy pilnować solo,
Nuda, nawet na
trawie z kim się położyć.
Znikniesz mi
uprzykrzona nudy niewolo?”
Siostry w Porta
Capena, splin trzeba zabić.
Natchnienie na
nią spływa: „Czas się zabawić!”
Chwyta już za
aulosy, melodii szuka,
Canzonę składa:
„Poeci do mnie, tworzyć
Przybądźcie
liryków misterne cuda.
Chcę z wami
spędzić czas, laurami nagrodzić,
„Zróbmy
przyjęcie, niech pieśń rządzi – nie nuda!”
„Komu mnie dziś
w zachwyt wprowadzić się uda?
Anemoi, nieście
w świat wiadomość skrzydlatą.
Przebudźcie się
ze snu, niech się dzieją cuda,
Echo, zbudź się
w końcu! Powtarzaj, niech wzlecą
słowa nad
światem, stanie poetów cauda!
Niech czas umilą.
Słowem pięknym zachwycą!”
Zewsząd już
idą, w pląsach, w sercu z ochotą:
I Romantycy i
Klasycyści krzepcy,
I Moderniści i
Futuryści rotą,
Safony córy i
Symboliści chwaccy,
A nawet sami
Postmoderniści ławą,
Na końcu
surrealiści, brawo, brawo!
Euterpe wita,
boskie wskazuje źródło,
Zdrożonym swym
gościom, by weny nabyli,
By wszystko co
żyje, nad dziełem zastygło,
Słuchacze
kunsztem mistrzów uwieść się dali.
„Dytyramb na
cześć poezji, stwórzcie dzieło,
Które będziemy
przez wieki pamiętali!”
Już napojeni,
hołd Patronce oddali.
Lutni, harf i
fletów dźwięki pierwsze już brzmią,
Słowa muzyce
arcypiękne dodali,
Albo odwrotnie,
bo harmonią wspólnie lśnią!
Euterpe klaszcze,
mistrzostwo chwali,
Czyją zwycięską
ozdobi dziś wieniec skroń?
Roznosi się w
dal głos, po strunach śmiga dłoń.
Krążą także
puchary trunku boskiego,
Ochoty dodaje:
„Różowiej wierszu! Płoń!”
Dobiega braw głos
z Gaju Beockiego
Ekloga, ód sześć
i trenu przepastna toń.
Słychać też
utwory gatunku lżejszego.
Fraszek rój,
limeryku erotycznego,
Nie wstydzi się
nikt już i wina przybywa.
Śmiechy i gwar
ludku poetyckiego
Roznosi Echo, i
od trunków szczęśliwa,
Niesie śpiew ich
na krańce świata znanego,
Gospodyni
radości wcale nie skrywa.
Zabawa trwa, nocy
z wolna ubywa,
coraz śmielsze
składają epigramaty,
pod którymi to
humor przaśny się skrywa,
których nie
wstydziłby się Satyr rogaty,
ani Menady, które
żądza rozrywa.
Lgną do siebie i
każde odkrywa karty.
Już tam Efeb
słów miód sączy i uparty,
Gapi się chciwie
w oliwkowy piersi kątek:
„Miłość
paliwem mym, gram w otwarte karty.”
Słowa jak łuk z
cięciwą, z osnową wątek.
„O nadobna,
lilią obdaruj, bom warty,
Na koniec z ciał
stworzymy anakreontyk.”
Erato daleko, a
kwitnie erotyk!
„Spójrz na
mnie Sokole – Panterę,
Złotym
kindżałem, czuję jego dotyk,
Potrzyj o rubin
mój, porusz zmysłów sferę,
Niech iskry
błysną, niech popłynie łez potok,
Z dźwięków
chuci, z szału – utkam ci gazelę.”
W końcu pada:
„Teraz tańce przyjaciele!
Nie szczędźcie
instrumentów wcale grając
Twist, Salsę,
Mambo, dzikie rockandrolle.”
Ruszyli w tany i
się nie ociągając
Krąg barwny
stworzyli by zacząć swawole.
Wirują, ciała
gną, do rytmu klaskając.
Smugi, plamy to
gasnąc, to się rozświetlając.
W zboczach
Helikonu tworzą freski dzikie.
A Radosna z nimi
tańczy, dolewając
Wina, sypie
imbir, kardamon, wanilię.
„Bawcie się,
Drogie Dzieci mnie wychwalając!”
Wdzięcznie wśród
nich bryluje, ciesząc się życiem.
Coraz szybciej,
szybciej to pętlą to łukiem,
Wirują twarze
ich, winem rozpalone,
To któreś z
nich na murawie legnie z hukiem,
To któreś z
nich chce odejść cicho na stronę,
A korowód ten
już nie liczy się z nikim,
Własnym już
dąży szlakiem, porywa dusze.
Nie wszystkich
taniec kusi, siedzą jak basze,
Dysputy prowadzą,
wiersze oceniają,
Za wzór często
podając ich dzieła własne,
Do oczu sobie
skaczą i wymyślają,
Piętnując
oponentów umysły ciasne,
W słowach
niewybrednych im się odcinają.
Korowód brzęczy,
dyskutanci fukają
Zgiełk, gwar,
galimatias – mignie twarz pąsowa
Już nie Ludźmi
a Satyrami się zdają,
Coraz częściej
bełkot przypomina mowa,
Co raz to który
treść odda Gai czkając,
I zaczyna z
amfory sączyć od nowa.
Ponad zgiełk
libacji wybiły się słowa
Jak grzmot - „O
czym ty do mnie bredzisz …....!”
Cisza. Argument
dość twardy przyjęła głowa
Brzuch teorbanu
roztrzaskany w drzazg krocie!
W tellurycznym
już letargu tkwi. Brzmi fraza:
Teraz możesz
śnić – psychoanalitycznie.
Co w trawie śni
znokautowany muzycznie,
Przyjaciół
wszakże tłum miał wierny i liczny,
Co znalazł,
chwycił w dłoń i metodycznie
Na lutniście
wnet odwet chce wziąć fizyczny.
Stanęli
druhowie, (druhny też!) ofiarnie,
Czynem rozsądzić
spór ideologiczny.
Zaciera ręce
malarz batalistyczny:
Wśród zgiełku
bitwy bratniej epos się pisze,
A sceny mają
wymiar wprost homeryczny!
Drą z siebie
pasy, rwą włosy, wrzask tnie ciszę,
Ścierają się -
to furor katatoniczny!
Tylko Euterpe
chce uspokoić hurmę.
Krzyczy –
„Dzieci wy zabijacie poezję!”
Nikt nie słucha,
podobni są do zamieci,
Co wszystko
zgarnia. Niszczą kruchą heurezę.
„Opamiętania!”
- krzyczy. W jej stronę leci,
puchar kościany,
co uderza w jej głowę!
W chaos idąc, w
czerń łka „Niech sczezną poeci!”
sobota, 30 listopada 2013
Mliko i Mniód
Mliko i Mniód
To
zdarzyło się wczoraj:
Podał
mi kubek parującego mleka z wieczornego udoju:
„Pij
mliko póki ciepłe.”
Pachnące,
rozświetliło zimowy wieczór.
W
wielkich czarnych oczach krowy, zabłysło lato
i
trawa, którą kosiliśmy nad jeziorem.
To
zdarzyło się wczoraj:
Brnąc
po kolana w śniegu poszliśmy szukać choinki.
Dziadek
mówił z uśmiechem: „Szukaj najładniejszej,
która
najładniej pachnie. Tak, żeby starczyło do Trzech Króli.”
Na
jego wąsach usiadły wszystkie gwiazdy.
To
zdarzyło się wczoraj:
Przynieśliśmy
Najpiękniejszą z Górzyńskich lasów.
Babcia
podśpiewywała:
„Oj
czom Halu ne tancujesz, Halu ty moja!
Bo
ne maju korałikiw diwczyna twoja.”
i
parzyła drób biegający jeszcze rano po podwórzu.
To
zdarzyło się wczoraj:
„Pajda
chleba w dłoń i do drewutni marsz!”
Głos
ułana od Kleeberga odbijał się iskrami
od
sufitu, iskrami których nie zgasili ani brunatni
ani
czerwoni. Nauczyli go tylko, żeby w chusteczce
od
babci nosić pajdę chleba do późnej starości.
To
zdarzyło się wczoraj:
Siekiera
wyłuskiwała tajemnice drewna.
Zimy,
wiosny, lata i jesienie zamknięte w słojach,
sękach
i żywicy. Drzazgi fruwały dookoła,
masło
i miód mieszały się z zapachem drewna.
Dźwięczała
siekiera i skórka chleba.
A
on mi nigdy nie powiedział, że kiedyś szedł
przez
linię frontu i pola minowe, żeby uruchomić młyn.
To
było wczoraj:
W
szczeliny drewutni zaglądał mróz i wiatr,
koty
zwabione zapachem wygrzebały się z siana,
bezczelnie
zaczęły się łasić do stop.
Zebraliśmy
drwa i poszliśmy gapić się
jak
Babcia szykuje kutię.
To
wszystko zdarzyło się wczoraj a może sto lat temu?
A
ja jeszcze teraz trzymam w ręce kubek mleka
i
pajdę chleba z masłem i miodem.
piątek, 29 listopada 2013
Cukierki
Cukierki
Podał
mi dwa cukierki
wygrzebane
z odrapanej szuflady
Na
osłodę życia - powiedział.
Cukierki
leżą nie zjedzone są nieustannym przypomnieniem.
Niewiele
trzeba a świat nabiera barw turystycznego folderu.
Starszy
Pan nie zdaje sobie sprawy, że nigdy nie zjem jego cukierków.
Wkrótce
też zapomni, że cokolwiek komukolwiek podarował.
Milkną
już kroki na korytarzu
Codziennie
umyka coś drobnego
papierki
po cukierkach szeleszczące w koszu.
czwartek, 28 listopada 2013
Spowiedź Androida
Spowiedź Androida
Nie.
Nie hoduję owiec. Nie mam też elektrycznych snów.
Zobacz,
każde z wcześniejszych zdań zaczyna się literą N.
Nicość
– brak snów po dniu tak podobnym do innych.
Nienasycenie
– żeby dni sensownych było jak najwięcej.
Nadzieja
– tak, ta zawsze umiera ostatnia. Żartuję.
Widziałem.
Mogę to powiedzieć. Teraz już mogę.
Patrzyłem
na ludzi, którzy znikali atom po atomie,
ze
światłem w oczach. Do samego końca.
Trzymałem
ich za ręce, opowiadali mi swoje historie.
Prosili,
żeby zatrzymać ich w pamięci jak najdłużej.
Staram
się ale blakną twarze,
nie
pamiętam czy ich dłonie były ciepłe,
mylą
mi się kolory oczu i skóry.
Przychodzili
także stamtąd.
Wracali.
Zrastali się. Wbrew logice.
Lekko
wystraszeni, nabierali sił.
Odchodzili
do swoich spraw.
Hodować
owce, żony, mężów i wyrodne dzieci.
Ci
nie chcieli żeby o nich pamiętać.
Prosili,
żeby zapomnieć. A ja nie mogę.
Nicość
istnieje tylko w naszych umysłach.
Człowiek
jest bronią masowej zagłady,
tylko
on stwarza Apokalipsę.
Antyglobalista
trzyma w dłoni koktajl Mołotowa,
próbuje
zapalić kawałek nasączonej benzyną szmaty.
Widząc
jego nieudane próby usłużny fotoreporter
podaje
mu własną zapalniczkę. Szmata płonie!
-
Tylko dobrze się ustaw! - krzyczy.
Butelka
leci łukiem w szpaler policjantów
a
płomienie liżą ich nogi.
Quang
Duc, Siwiec, Palach, Brusewitz
Czułeś
kiedyś pogorzelca?
Smród
spalonego ciała oślepia.
Wdziera
się głęboko w płuca,
tak
że masz ochotę wyć.
Ale
Apokalipsa dopełnia się w milczeniu.
Nienasycenie
– żeby zdążyć.
Zobaczyć
jak najwięcej wschodów słońca.
Ciągle
do przodu. Nie oglądać się.
Nie
pamiętać o rocznicach, jubileuszach, świętach.
Upadanie
i podnoszenie się,
zaczyna
od dawna przekraczać granice banału.
A
ja ciągle biegnę wściekły.
Nadzieja.
Tak. Ta zawsze umiera ostatnia.
środa, 27 listopada 2013
Spodnie
Spodnie
Dotykając
czarnego gorącego materiału uświadamiam sobie
prosty
fakt
Nigdy
nie noszę spodni od garnituru w dzień powszedni
coś
zatem musiało się zdarzyć:
Egzamin
Pogrzeb
Zmartwychwstanie
Ręce
mam mokre i lepkie denerwuję się
zastanawiając
się
co
bełkocze nalany pysk znanego polityka
widzianego
w telewizorze
Coś
się stało dotykam gorącego materiału
uświadamiając
sobie prosty fakt
Spodnie
wyprasowane w ostrą brzytwę
wtorek, 26 listopada 2013
Andromeda
Andromeda
Chcę żebyś wiedziała, jak mocno wpatruję się w rozgwieżdżone niebo i jak lodowate są ostatnio noce.
Pamiętam jak jeszcze wczoraj piliśmy z jednego kubka malinową herbatę.
Pamiętam grające na ścianach cienie.
Dzisiaj, wypatruję cię w refleksach chrzęszczącego śniegu, i w mlecznej drodze.
W tę lodowatą noc, wpatruję się w krystaliczne niebo.
Niczego to jednak nie zmienia.
Chcę żebyś wiedziała, jak mocno wpatruję się w rozgwieżdżone niebo i jak lodowate są ostatnio noce.
Pamiętam jak jeszcze wczoraj piliśmy z jednego kubka malinową herbatę.
Pamiętam grające na ścianach cienie.
Dzisiaj, wypatruję cię w refleksach chrzęszczącego śniegu, i w mlecznej drodze.
W tę lodowatą noc, wpatruję się w krystaliczne niebo.
Niczego to jednak nie zmienia.
poniedziałek, 25 listopada 2013
Lapidarium Jatom (Tablice)
Lapidarium
Jatom (Tablice)
Ziemio
słona
Ziemio!
Między
szczelinami chodnika
głos
Kantora
ledwie
słyszalny
j'he
szlama raba min szemajja w'chajjim...
W
trotuarach tego miasta
łkają
pocięte
zagubione
mem
i
szin ze słów
j'he
szlama raba min szemajja w'chajjim...
Chodnik
parzy
siedemdziesiąt
lat
i
nic
buty
esesmanów
walonki
czerwonoarmistów
trampki
licealistów
sandałki
dziewczynek sypiących kwiatki
wystukiwały
j'he
szlama raba min szemajja w'chajjim...
Wstyd
wżera się w skórę
w
kości
za
tych co zapomnieć kazali
za
tych co zapomnieli
szeleści
żwir i kasztanowce
j'he
szlama raba min szemajja w'chajjim...
niedziela, 24 listopada 2013
IX.
IX.
Gałęziami wierzby delikatnie porusza wiatr.
Wydaje się, że teraz zapanuje cisza,
i że skończyła się jesienna destrukcja.
Patrzę przez świat na zamknięte okno,
bezpiecznie tłumi każdy szum,
miękko zniekształca blade światło.
Zdezorientowany wpatruję się w światło.
Cieszę się, że za oknem cichnie wiatr,
i cichnie z każdą minutą deszczu szum.
Po tej stronie niczym nie zmącona cisza,
jak strażnik dzieli mnie od świata okno,
po jego drugiej stronie jesienna destrukcja.
Gdzieś daleko odbywa się destrukcja,
w gęstych chmurach znika dnia światło.
W oku cyklonu błękitne, przejrzyste okno.
Dookoła noc na strzępy rozrywa wiatr,
Przed uderzeniem nawałnicy błoga cisza,
jedynie daleki słychać oceanu szum.
Z tej strony jest ciepło, cichy kaloryfera szum,
a w radio seny głos powtarza: „Destrukcja“.
Poza tym senna dookoła cisza.
Miasto oddaje nocy sztuczne światło.
Noc wcale nie jest czarna, tylko cichnie wiatr,
próbuje się dostać do środka przez zamknięte okno.
Chroń mnie moje okno!
Zagłusz ten szum!
Niech nie wdziera się tu wiatr!
Po drugiej stronie destrukcja,
mdłe latarni ulicznych światło.
Niech mnie ogrzewa obojętności cisza.
Dzisiaj nie będzie spokoju, to złudna cisza,
bo przed zgiełkiem nie obroni okno.
Wdziera się w ten spokój niebieskie światło,
w środku słychać rozbieganych myśli szum.
Dzisiaj noc ma imię destrukcja „Destrukcja“.
Wyje za oknem jej szalony brat „Wiatr“.
Porusza gałęziami wiatr, i złudna za oknem cisza.
Jesienna destrukcja wdziera się przez zamglone okno.
Ściszonego radia szum, kradnie brzaskowi światło.
sobota, 23 listopada 2013
Sobota. Szósta rano.
Sobota. Szósta rano.
Daj pospać sunąca przez mieszkanie deskorolko.
Daj poleżeć chociaż chwilę dłużej prośbo o herbatę i kanapkę z serem i ogórkiem.
Nie płosz kolorowego snu telewizorze wychwalający na cały regulator, masę niepotrzebnych rzeczy.
Daj pospać psie szczekający nad uchem.
Zostaw mnie w spokoju dźwięku tłuczonej szklanki.
Chcę się przewrócić na drugi bok.
Z dziwnym uśmiechem mówisz:
„Dzisiaj się nie wywiniesz, kochany.”
Wlokę sen do łazienki słysząc za plecami tupot bosych stóp.
W kuchni, odsłaniam zasłony i po śniadaniu zaczynamy wyliczankę:
Jedna kapsułka Strattery,
Jedna tabletka Abilify,
Dwieście mililitrów Convulexu.
Całkowicie budzi mnie kawałek szkła w stopie ze zbitej szklanki
i głośny śmiech jeżdżący po przedpokoju na deskorolce.
Daj pospać sunąca przez mieszkanie deskorolko.
Daj poleżeć chociaż chwilę dłużej prośbo o herbatę i kanapkę z serem i ogórkiem.
Nie płosz kolorowego snu telewizorze wychwalający na cały regulator, masę niepotrzebnych rzeczy.
Daj pospać psie szczekający nad uchem.
Zostaw mnie w spokoju dźwięku tłuczonej szklanki.
Chcę się przewrócić na drugi bok.
Z dziwnym uśmiechem mówisz:
„Dzisiaj się nie wywiniesz, kochany.”
Wlokę sen do łazienki słysząc za plecami tupot bosych stóp.
W kuchni, odsłaniam zasłony i po śniadaniu zaczynamy wyliczankę:
Jedna kapsułka Strattery,
Jedna tabletka Abilify,
Dwieście mililitrów Convulexu.
Całkowicie budzi mnie kawałek szkła w stopie ze zbitej szklanki
i głośny śmiech jeżdżący po przedpokoju na deskorolce.
piątek, 22 listopada 2013
Recitativo
Recitativo
Kundel
podszedł do dmuchawca. Dotknął go językiem podobnym do plastra
szynki.
Sprawił,
że delikatny puch uleciał w przestrzeń. Znudzony pies położył
się w trawie.
Ignorując
wszelkie zasady, wyciągnął się na plecach i tarzał ze szczęścia.
Może
to ja byłem tym psem. Dotykałem główek mleczy i wypuszczałem w
świat
zakodowane
w ziarnach chwile radości nic nie znaczącego bytu. O istnieniu.
Może
to ja tarzałem się w wysokiej trawie, analfabeta czytający listowy
papier nieba.
czwartek, 21 listopada 2013
Nokturn II
Nokturn II
Gwiazda co podobno spełnia życzenia.
Spala na popiół karton nocy. Znika.
Przegapiłem ją śpiąc. Przecieram szybę.
Zdaję sobie pytanie. Jak można? I po co?
Bezruch. Popiół i pęd ku forpocztom przeszłości.
Kiedy po raz pierwszy zrobiliśmy to w sadzie.
Leśmian chichotał. Bo jak można uprawiać seks
w malinach? A jednak. Sok. Do dzisiaj słodki.
Jest tylko mgła. Popielata sceneria. Cekiny na niebie.
Niecierpliwie przymierzam garnitur z ciszy.
Ty masz intuicję, z której kroisz ponad miarę.
Szeroko jak horyzont. Z gestem jak horyzont.
Gwiazda co podobno spełnia życzenia.
Spala na popiół karton nocy. Znika.
Przegapiłem ją śpiąc. Przecieram szybę.
Zdaję sobie pytanie. Jak można? I po co?
Bezruch. Popiół i pęd ku forpocztom przeszłości.
Kiedy po raz pierwszy zrobiliśmy to w sadzie.
Leśmian chichotał. Bo jak można uprawiać seks
w malinach? A jednak. Sok. Do dzisiaj słodki.
Jest tylko mgła. Popielata sceneria. Cekiny na niebie.
Niecierpliwie przymierzam garnitur z ciszy.
Ty masz intuicję, z której kroisz ponad miarę.
Szeroko jak horyzont. Z gestem jak horyzont.
środa, 20 listopada 2013
Nihil
Nihil
Odbija
mi się Sartrem.
Za
moim oknem budują
Autostrady
i wieżowce.
Ponad
ogrodem wyznaczono
Korytarze
dla
śmigłowców bojowych.
Czy
ty mnie, wiesz, tak w ogóle?
Patrzę
w sufit, w mleczne kręgi.
Jest
mi nijako. Dobrze.
Siedzisz
odwrócona
Już
tylko pojedyncze lodowce
Zostały
na szczytach kręgosłupa.
Przygarnijmy
kota. Utuczymy go, spasiony zostanie padyszachem domu.
W
nocy nie zgubimy do siebie drogi kiedy zielonymi ślepiami rozjaśni
Ścieżki
między meblami.
Albo
będzie latarnią morską wyludnionego archipelagu.
W
deszczowe dni będziemy go obserwować dumnie spacerującego
Po
ogrodzie.
Czy
ty mnie? Wiesz.
Werbel
wybija rytm.
Równaj,
równaj, równaj
Nie
nadążamy.
Wszystko dlatego, że
Ciągle
jestem karłem stojącym na klifie.
Dziwolągiem
któremu kiedyś się zamarzyło
Posłuchać
oceanu gryzącego wędzidło brzegu
I w
nieustannym galopie pieniącego się na porzuconych muszlach.
Teraz
wróciłem, żeby usiąść na skraju twojego uda
I
przepędzić zimę.
wtorek, 19 listopada 2013
Mozaika
Mozaika
Nie
wiem co mnie podkusiło.
Może
zmęczyła mnie zabawa,
ale chyba nie aż tak bardzo,
skoro
wracałam piechotą.
Rzeczywiście,
trochę szumiało mi w głowie.
Musiałam
usiąść, ale nie wiem,
dlaczego
na środku tej drogi.
Nie
widziałam, kiedy uderzyło
we
mnie osiemnaście ton.
Mama
zawsze mówiła mi – Jesteś piękna. Byłaś zawsze i ciągle
jesteś.
Zobacz
teraz to zdjęcie i popatrz na moją twarz.
Kochana
Mama. Nigdy nie potrafiła kłamać.
Kiedy
mnie wybudzili z narkozy,
Lekarz
powiedział, że przypominam mozaikę.
Mówił,
że widział coś takiego we Włoszech,
i
że jestem pietra dura. Teraz już wiem, co to znaczy.
Każda
kość, kostka i kosteczka, kamyk rozrzucony bezładnie.
To
niesamowite, wiesz musieli mnie znowu układać od początku,
dopasowywać
szkielet do obwisłej skory.
Po
tym wszystkim, chcę jeszcze tylko
zobaczyć
Florencję.
Kochana
Mama mówi, że świat przede mną,
i
ona pojedzie dokąd chcę.
Czuję
się dziwnie, bo dopiero teraz mam marzenia.
Myślisz,
że dam radę pojechać tam,
do
tych Włoch i zobaczę mozaikę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)