Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Upadłość konsumencka". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Upadłość konsumencka". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2013

Rondo

Rondo

Ogień zgasł w piecu. Noc zgasła.
Stuka do drzwi zziębnięty dzień.
Nie chcę mu otwierać. Idę do drzwi.
Bez słów wciska się pod kołdrę.
Na moje miejsce. Odstawiam sen.
Trzeźwieję. Golę się. Zmywam noc.
Oswojona powtarzalność pozwala żyć.
Zadawać pytania. Cichnąć. Słuchać.
Wtapiać się, tak żeby zniknąć.
Albo jak w wierszu z tego rumuńskiego filmu.
Zmniejszać się do ziarenka fasoli.
Znam świetnego poetę z tej samej ulicy.
Poeta pyta siebie często pogodnie:
Kto pisze twoje wiersze, daje słowa?
Czasem proszę Poetę o modlitwę za mnie.
On ma lepszy kontakt z nadprzyrodzonym.
U mnie ciągle z tym kiepsko.
Jakoś mi wszyscy oni zobojętnieli.
Na mojej ulicy co roku to samo.
Wiosną zielenieje szpaler drzew.

czwartek, 28 listopada 2013

Spowiedź Androida

Spowiedź Androida
 
Nie. Nie hoduję owiec. Nie mam też elektrycznych snów.
Zobacz, każde z wcześniejszych zdań zaczyna się literą N.

Nicość – brak snów po dniu tak podobnym do innych.
Nienasycenie – żeby dni sensownych było jak najwięcej.
Nadzieja – tak, ta zawsze umiera ostatnia. Żartuję.

Widziałem. Mogę to powiedzieć. Teraz już mogę.
Patrzyłem na ludzi, którzy znikali atom po atomie,
ze światłem w oczach. Do samego końca.
Trzymałem ich za ręce, opowiadali mi swoje historie.
Prosili, żeby zatrzymać ich w pamięci jak najdłużej.
Staram się ale blakną twarze,
nie pamiętam czy ich dłonie były ciepłe,
mylą mi się kolory oczu i skóry.

Przychodzili także stamtąd.
Wracali. Zrastali się. Wbrew logice.
Lekko wystraszeni, nabierali sił.
Odchodzili do swoich spraw.
Hodować owce, żony, mężów i wyrodne dzieci.
Ci nie chcieli żeby o nich pamiętać.
Prosili, żeby zapomnieć. A ja nie mogę.

Nicość istnieje tylko w naszych umysłach.
Człowiek jest bronią masowej zagłady,
tylko on stwarza Apokalipsę.

Antyglobalista trzyma w dłoni koktajl Mołotowa,
próbuje zapalić kawałek nasączonej benzyną szmaty.
Widząc jego nieudane próby usłużny fotoreporter
podaje mu własną zapalniczkę. Szmata płonie!
- Tylko dobrze się ustaw! - krzyczy.
Butelka leci łukiem w szpaler policjantów
a płomienie liżą ich nogi.

Quang Duc, Siwiec, Palach, Brusewitz
Czułeś kiedyś pogorzelca?
Smród spalonego ciała oślepia.
Wdziera się głęboko w płuca,
tak że masz ochotę wyć.
Ale Apokalipsa dopełnia się w milczeniu.

Nienasycenie – żeby zdążyć.
Zobaczyć jak najwięcej wschodów słońca.
Ciągle do przodu. Nie oglądać się.
Nie pamiętać o rocznicach, jubileuszach, świętach.
Upadanie i podnoszenie się,
zaczyna od dawna przekraczać granice banału.
A ja ciągle biegnę wściekły.
Nadzieja. Tak. Ta zawsze umiera ostatnia.

czwartek, 21 listopada 2013

Nokturn II

Nokturn II

Gwiazda co podobno spełnia życzenia.
Spala na popiół karton nocy. Znika.

Przegapiłem ją śpiąc. Przecieram szybę.
Zdaję sobie pytanie. Jak można? I po co?

Bezruch. Popiół i pęd ku forpocztom przeszłości.
Kiedy po raz pierwszy zrobiliśmy to w sadzie.

Leśmian chichotał. Bo jak można uprawiać seks
w malinach? A jednak. Sok. Do dzisiaj słodki.

Jest tylko mgła. Popielata sceneria. Cekiny na niebie.
Niecierpliwie przymierzam garnitur z ciszy.

Ty masz intuicję, z której kroisz ponad miarę.
Szeroko jak horyzont. Z gestem jak horyzont.

czwartek, 14 listopada 2013

Jazon

Jazon

I.

Kobieta, która mnie niesie wciąż
od lat, nie pozwala mi upaść.
Powtarza – umiesz iść sam, wiem to.
Kiedyś będziesz gotowy na krok,
ten pierwszy, znowu samodzielny,
otworzysz znów oczy i serce
byle dalej mieć mrok za sobą.
Kobieta, która mnie niesie wciąż,
chociaż zaciska usta z bólu,
ma ciągle w oczach iskry życia,
zapalające mój mały świat
i zamienia w popioły żyzne
czerniejące kikuty sadów,
pod powiekami tkwiące bólem
Kobieta, która mnie niesie wciąż,
czasem poskarży się półgłosem,
czasem wykrzyczy ból prosto w twarz.
- Odważ się w końcu żyć i weź mnie
wreszcie w ramiona i nieś w bezkres,
krokiem pewnym, jak kiedyś szedłeś
umiejąc marzyć, kochać i żyć.

II.

Wychodzę z ciepłego mieszkania.
Tak zawsze kończy się rano sen
- smakiem kawy i chleba z masłem.
Po omacku szukam jeszcze ust
sennej, domowej Hypsipyle.
Do jutra – szepczę, znikam cicho,
kurtkę wkładam na zbolały grzbiet.

Cień znika w chłodzie listopada
chmurnego czarownika smutku,
świecącego złośliwie w oczy
ślepiami sodowych latarni.
Prowadzony donikąd patrzę
na wstęgę ludzkich szarych cieni.
Od smugi aut mknących w mrok ślepnę.

Potrącam innych oślepionych.
Zaczynamy poranny pacierz,
siarczystych pozdrowień bliźniego.
Krótkie eksplozje z ust nie ranią,
bo pancerz twardy ma już każdy.
Obojętnego – Przepraszam! - zgrzyt,
i wszystko znowu w mroku znika.

III.

Z kawałków szkiełek kolorowych,
człowiek mieniąc się idzie w tłumie,
ludzi z kolorowych kawałków.

Pobrzękuje na wietrze, chrzęści.
Człowiek odbija się w szkle wystaw.
W taflach ich gładkich i matowych,

oceanów bezkresnych widma,
ławice marzeń do spełnienia.
Stalowych masztów smukłe drzewce,

prowadzą w dal żaglowce białe.
Syreny kwilą swoje pieśni,
plastikiem wabiąc piersi gładkich,

sen obiecują w trójwymiarze.
Skórę prawdziwą, ludzką, gładką
dotknąć jej można i przytulić,

Żadnych – szkieł, ran, bólu i krwi plam,
człowiek nie rani już człowieka,
choć szkieł ma wbitych w duszę milion.

Z kawałków kolorowych szkiełek
człowiek, mieniąc się znika w tłumie,
uśmiecha się szydząc z tej mrzonki.

czwartek, 7 listopada 2013

No name

No Name

Taki byłem szczęśliwy mieszkając w środku świata.
W zgiełku ulicy znajdowałem spokój idąc między
stromymi kanionami bezimiennych ulic bez końca.
Moczyłem stopy w żółtej strudze taksówek i układałem
pieśni błądząc bez celu szachownicą skwerów.

Codziennie rozkładałem płachtę kawiarni na stole
w mikroskopijnym mieszkaniu katalog kawiarni i kin
teatrów i klubów rozbłyskał neonami nie gaszonymi
nawet w dzień. Wlepiałem w ten obraz chciwy wzrok.

Jak żałuję tego szczęścia, kiedy mogłem przecierać
szlaki wśród traktu ludzkich głów mknących w różnych
kierunkach i spotykać poetów bezimiennych a przecież
wielkich, choć znała ich ledwie z widzenia jedna przecznica.

Sam przecież byłem poetą moje wiersze ponad wierzchołkami
drapaczy chmur rozlewały się nad miastem w środku świata
wzrok anonimowych przechodniów tak doskonale obojętny
dawał poczucie spełnienia i wypełnionych życiem dni.

Nikt nie przerywał mojego poematu on po prostu trwał.
Widzę jak patrzysz na mnie ale posłuchaj piosenki
śpiewałem ją idąc szczęśliwy w deszczu środkiem świata
Where the streets have no name. Where the streets...
Wiem do cholery, ze to o czym innym. Ale tu zawiera
się kwintesencja mojego szczęścia i radości, wiesz?
Jeszcze czasem od siebie dośpiewałem choć fałszuję:
Where the people have no name. Where the poetry has no name.
Where I have no name. I'm happy in the middle of the world.

Nie patrz tak na mnie i nie uśmiechaj się kpiąco.
Też się zastanawiam: Po chuj tu wróciłem.

czwartek, 31 października 2013

Strachy polskie (Wiersz na Halloween)

Strachy polskie (Wiersz na Halloween)

Natura była silniejsza. Nie mogliśmy zatrzymać się w Niemczech.
Kolejny postój wyznaczony był w Belgii. Musiałem wytrzymać.
Przejeżdżając most na Renie, pomyślałem że mógłbym się chociaż
z niego wysikać. Prosto do rzeki. Miałbym świetny ubaw.

Nawet gdybym usłyszał: "Polnische Schweine".

Myślałem sobie: "Stanąć na tym moście. Mieć za plecami,
całe przedmurze chrześcijaństwa ze wszystkimi jego wałami."
Ale pędziliśmy dalej. Przed siebie. Do Europy.
Mitycznej Dziewicy. Ziemi Obiecanej, tolerancyjnej i bujnej.

Przywiozę tu wam cywilizację. Zobaczycie. Niech ten autobus pędzi,
wywiezie mnie z tego zatrutego kraju. Kraju cierpiącego na schizofrenię.
Mamrotałem do siebie, gdy w pewnej chwili usłyszałem głos po przeciwnej stronie:
 "Oni chcę nas zniszczyć. Oni chcą nas wydziedziczyć. Oni chcą nas zmienić w niewolników.
Parobkami mamy im być! Bród! Smród! I to pedalstwo wszędzie. Wszędzie!"
Już widziałem jak mu wyrastają u ramion husarskie skrzydła, za chwilę zatrzyma autobus
i powstaną Okopy Świętej Trójcy! Musiałem się szczypać i błagałem,
żeby Belgia była już teraz. Żeby pozwolono mi wysiąść z autobusu
przypominającego komorę gazową.

Czy my wszyscy tam jedziemy, żeby zawieźć im swoją pogardę?
Wieziemy tam swoje demony, nienawiść, frustrację. Wytykają nas palcami.
O popatrz znowu pełen autobus, a każdy z miną jak Jack O'latern!

czwartek, 24 października 2013

Nokturn I

Nokturn I

Stękam razem z kaloryferem.
Za oknem świszczą gwiazdy.
Pod batem późnej jesieni
Uginają się drzewa.

Ktoś dobija się obok.
Śpiewając uderza w werbel drzwi
Od kantyczki
rozbitków i wisielców
trzeszczy dom.

Siedzę przy kaloryferze – za chwilę zima.
Stękamy zbierając siły - ja i on.
Owijam się szalem.
Żeby nie czuć kościstych palców na czole.

czwartek, 17 października 2013

Na słuch

Na słuch

Nikt więcej nie umrze za mój grzech
w mocnym świetle dnia brak ostrości
idę ulicą słucham Patti Smith

Idę zdany tylko na słuch i Patti Smith
w tym mieście nigdy nie było Glorii

czwartek, 10 października 2013

Borges - Joyce Kontaminacja

BORGES - JOYCE KONTAMINACJA

Zagubiony w labiryncie młodej pszenicy
chłopiec w przetartych trampkach
zatopiony w lekturze Historii Rzymskiej Appiana
przemierza Imperium
od Słupów Heraklesa po Judeę
od Hiberni po Numidię

Popatrz, teraz kiedy jako dwie kulki plazmy
posiedliśmy tajemnicę wszystkich metafor i paraboli
jeszcze raz podziwiamy niezwyciężone legiony z jego
entuzjazmem

Nie stać nas jednak na personifikację
na błędne ogniki pełgające między kartami

On też zedrze trampki
dotrze do sedna upadku i też
nie uniknie klątwy pamięci

czwartek, 3 października 2013

Prosty

Prosty

Po co wiersze, których nikt nie rozumie?
Słowa, których znaczenie dawno straciło sens?
Mówisz do ludzi, którzy nie patrzą ci w oczy
i oczekujesz.
Nie doczekasz się i tak.

Wczoraj siedziałem na ławce w parku.
Prawie sam i na krótką chwilę zniknąłem
dla cywilizacji.
Kobiety na sąsiedniej ławce rozmawiały.
Cicho, ale nie aż tak, żeby ich nie usłyszeć.

Ludzie wariują , proszę pani.
Mózgi im nie wytrzymują. Od informacji.
Tu palą, gwałcą i mordują.
Tam wulkany powodzie i susze.
Za dużo tego, za dużo.

Zastanawiałem się, kiedy będzie coś
o bezbożnikach. Ale nie doczekałem się.
Gnane własnymi sprawami poszły dalej.
Zostałem zupełnie sam.

Po odkryciu wody na Marsie,
Kosmos stał się swojski. Na Ziemi obco
i ciągle obowiązuje stan zwątpienia.
Nie muszę już wierzyć,
dociekać kim jestem?
Dzisiaj jestem człowiekiem pierwotnym
i taki stan mi odpowiada.
Układam wiersz i nikomu nie muszę patrzeć
w puste oczodoły.

czwartek, 26 września 2013

Pan C. ogłasza upadłość konsumencką

Pan C. ogłasza upadłość konsumencką

Jestem pusty w środku.
pusty i przeźroczysty.

Zbierałem kolorowe gazety.
Nie pomogło.
Nie poderwało. Nie napełniło.

Przestałem już rozmyślać o sztuce, która podrywa.
Istnieje tylko sztuka przetrwania.
Mimikra, to mój stan.
Niech będzie błogosławiony!

Kredyt zaufania okazał się niemożliwy do spłacenia.

Słyszę ciągle głos:
- Panie poeta. Wyjdź Pan ze złotej klatki!

Zaczynam więc od nowa.
Nie szukam już czystej myśli.